środa, 5 października 2016

Poduszki Terytorialne :)

Tak je nazwałam, bo służą do określania swojego miejsca na najbardziej obleganym meblu rodzinnym-czyli kanapie w salonie :)

Ogólnie, za moich czasów, mówiło się "duży pokój", ale od kiedy przenieślismy się z naszego pierwszego mieszkania, które miało 27 metrów do większego, duży pokój zupełnie psuł mi wrażenie , został więc salonem :D

Pomysł takich poduszek przyszedł mi do głowy, ponieważ na naszej kanapie, nasz Mąż i Tatuś, ma swoje miejsce. 
Optymalne z wielu powodów, pod reką laptop, komoda, miejsce na kubek, piloty i takie tam wiecie. 

Czem prędzej więc zabrałam się za wymyślanie hasła, a zaprzyjaźniona zdolna graficzka ubrała to w odpowiedni do produkcji plik.

Hasło jest moje, pomysł jest mój, to mega satysfakcjonujący moment, kiedy człowiek wydaje się sobie taki twórczy. Biegam wtedy, praca mi się pali w rekach i czuję entuzjazm :) Lubie to, w przeciwieństwie do chwil całkowitego zniechęcenia, w czasie którym pytam się sama siebie, po kiego diabła mi to wszystko :P






Ale poduszki są fajne, oryginalne , duże (50/50) i chyba bardzo ładne :P



czwartek, 15 września 2016

Mam tę moc :)

No mam, mam. Owerlock od Juki :) 

Na poczatku mi go nie brakowało, jednak szyjąc różne rzeczy, dotarłam do miejsca w którym jego posiadanie jest po prostu koniecznością. 


Rozpoczynając działalność zaopatrzyłam się w różne  maszyny-jednak sugerując się chyba nie do końca dobrze skonstruowanymi informacjami z sieci- owerlocka nie zakupiłam. 

Na poczatku mi go nie brakowało, jednak szyjąc różne rzeczy, dotarłam do miejsca w którym jego posiadanie jest po prostu koniecznością. 

Na sprzęcie się nie znam, każdy producent chwali swoje a każda krawcowa czy rękodzielniczka ma swój ulubiony i przetestowany typ. I bądź tu człowieku mądry :)

Próbuję więc swoich sił na modelu od Juki. Model MO-654DE. Zdecydowanie na razie próbuję bo jak widac na zdjęciach mój ścieg znacznie się różni od tego jaki powinien być, ale z maszyną do szycia jest tak samo. Trzeba próbowac, aby wiedzieć jak ją regulować i jakie ma mieć ustawienia, aby były dla nas najlepsze.

U mnie na pierwszy ogień poszły opaski na głowę, akurat musiałam ich kilka uszyć, więc pierwsze koty za płoty :)

Moje pierwsze wrażenia? 

Mały, cichy, gładko szyje. 

Głośność maszyny, kiedy szyje się w mieszkaniu w bloku, jest wręcz fundamentalnym wymogiem, 
Co do wielkości-nawet mąż się zdziwił, że to taki malutki sprzęt, pozytywnie go to zaskoczyło bo oczekiwał czegoś w rodzaju hafciarki :)

W nawlekaniu miałam pomoc, bo czas mnie okropnie gonił, więc się na razie nie wypowiem. Ale szykuje się do szycia większa sprawa, więc będzie okazja i mam nadzieję też, więcej czasu na nową zabawkę :D




sobota, 3 września 2016

Cztery słonie...

Nie wiem czy kiedyś wspominałam, strasznie lubię jak coś co uszyję jest w miarę oryginalne. 

W miarę, bo trudno o to na rękodzielniczym rynku. 

Starałam się aby moje sowy były inne niż reszta, wymyśliłam sobie własnego jamnika, mam własne wymyślone poduszki, zaprojektowane przez fachurę dla mnie ( nie sądzę ,abym pokazywała więc chętnie się pochwalę niebawem) , mam motyle, roboty, moje zwierzaki 3d, i ...dostałam zamówienie na słonie. 

 Takie jak szyje mnóstwo osób ! 

Nie powiem, żeby mi się nie podobały, po prostu jakoś nigdy nie planowałam. Ale uszyłam, wypchałam uszy aby cokolwiek było inne i kurde no, cudne są :)

Bardzo mnie zauroczyły , uszyłam w miarę duże, aby było co w rąsiach małych trzymać. Tradycyjnie, miawszy (neologizm prywatny :) ) uszyć dwa uszyłam od razu 4, choć chciałam , jak to ja, uszyć słonia z kazdego fajnego kawałka materiału. 

Niestety, tkaniny teraz są tak piękne, że miękną mi nogi na ich widok, Nawet jeszcze 5 lat wcześniej- nie miewałam takich stanów na widok tkaniny. Jakie to życie jest zaskakujące :)

No to zostawiam Was ze słoniami. Dwa uszyte na starym Łuczniku, martwiłam się szyjąc minky ale Łucznik chyba nawet nie zauważył, a dwa na przeserwisowanej Janomce. 

See You :)




środa, 24 sierpnia 2016

O tym, jak się na mnie lenistwo zemściło...

Tytuł okropnie adekwatny do sytuacji niestety :P

A było to tak...

Moje szycie zaczęłam od maszyny , jaką kupiłam sobie na urodziny,chyba 5 lat temu, motylkowy Łucznik, śliczny i cacany bardzo :) Zanim go napoczęłam, minął rok. Jakoś tak, zapał nie dodał mi odwagi do szycia. Ale przypadek sprawił, że jednak zaczęłam. 

Szyłam na nim rózne rzeczy i byłam bardzo zadowolna, poduszki, zabawki, zasłony, pościel, aplikacje...Jednak po 2 latach jakoś, coś się stało i zaczęło mi łamać igły, kilka pod rząd. Samo się stało, to oczywiste. I w końcu któraś igła łamiąc się-wyszczerbiła mi płytkę, przez co zaczęła się zrywać nić dolna. Jak nie urok to wiadomo co. Strasznie byłam załamana, no bo skąd tu wziąć zastępstwo?
A tu siostra zaproponowała mi swoją Łuczniczkę Zofiję. Cudnie-pomyślałam :) I  do nadrabiania zaległości przystąpiwszy-olałam naprawę motylków, bo mi się nie chciało.

Zofija spisywała się jak ta lala przysłowiowa, fajowo, aż do czasu, gdy w Lidlu kupiłam Singerkę komputerową. Z Singerką byłam nieszczęśliwa, zupełnie się nie zaprzyjaźniłysmy, szyło mi się źle i koniec. Sprzedałam ją więc i z ulgą wyciągnęłam Zofiję, ponieważ motylkowa Łucja porzucona zalegała w kącie.  

Pod koniec zeszłego roku, zaopatrzyłam się w Janome. Oj poczułam różnicę, choć bałam się kolejnej komputerowej-ta po prostu była boska. Zupełnie coś innego niż Singer, szyłam 8 miesięcy, ale niestety coś mi się w niej rozregulowało, coś z czym nie umiałam sobie poradzić. Wiedziałam , że coś jest nie tak, jeszcze w lipcu, ale  zrobiłam sobie wakacje od szycia i zapomniałam o problemie. Maszyna na gwarancji, powinnam ją wysłać do serwisu od razu, ale nie zrobiłam tego, bo mi się nie chciało.
Przypomniałam sobie o tym teraz, przed kiermaszowym weekendem, i okazało się, że się problem sam nie rozwiązał . Wyciągnęłam więc Zofiję na zastępstwo-a tu zonk, chyba się obraziła i zaczęła udawać traktor. Wtedy sobie przypomniałam, że przed Janomką miałam ją oddać do porządnego czyszczenia i oliwienia, ale tego nie zrobiłam , bo mi się nie chciało i miałam już nową maszynę przecież...

No i tak to właśnie zostałam z 3 maszynami, a na żadnej szyć nie mogłam. Skrojone czapki i kominy czekały a ja nie miałam co zrobić. Na szczęście kiermasze sie udały, sprzedawałam co miałam, ale po weekendzie pomyślałam o maszynie mojej Mamy. 

To stary Łucznik, ciężki, niezawodny i bardzo sentymentalny :) Ma ze 35 lat co najmniej jak nie więcej. Szyłam sobie w nastoletniości różne rzeczy na nim. Moja Mama szyła mnie i mojej siostrze mnóstwo bluzek, spodni, spódnic a nawet żakietów, w czasach, kiedy naprawdę było niewiele. Były naprawdę wymyślne, eleganckie i niepowtarzalne, nie wiem czy kiedyś będzie mi się chciało takie uszyć.
I teraz też uszyłam na nim zamówienie , a zaraz się biorę za czapki i całą resztę. To świetna maszyna, i choć głosno chodzi to ta głośność jest taka jakaś miękka, nie stuka tak jak te nowe plastikowe Łuczniki.

Niebawem mam nadzieję wrócą moje Łuczniki z naprawy oraz Janome z serwisu.
No i tak właśnie lenistwo się na mnie zemściło, że mając 3 maszyny, nagle zostałam bez żadnej. Miejmy nadzieję, że będę o tym pamietać na przyszłość :P
No i tak, w sumie nie ma się czym chwalić, ale może też tak miewacie? Czy tylko ja taka strasznie straszna jestem?


wtorek, 23 sierpnia 2016

Próba mikrofonu :)

Puk,puk, tak zagduję, czy ktoś mnie jeszcze pamieta? Czasem się zbieram aby cos napisać, a potem cos odwraca moją uwagę i tak już niebawem rok zleci odkąd cokolwiek napisałam. I nie wiem, czy właśnie, czy jest tu nadal dla mnie miejsce :)